Florida (Miami – Key West) – Illinois (Chicago) – Iowa – Nebraska – Colorado – Wyoimng – Utah – Nevada (Reno) – California (Sacramento – San Francisco – Hearst Castle – Los Angeles – Hollywood) – Nevada (Las Vegas – Hooverdam)- Arizona (Grand Canion) – Route 80 – Route 1 – NBA
Tu chyba będzie dużo pisania, postaram się je skrócić na maxa, przecież nie będę Was zadręczał czytaniem, nie wspominając o Waszych dzieciach przyszłych analfabetach ;-P Wakacje 2008 były niezwykłe… kłopoty i uciechy przeplatały się dzień w dzień… ale co tam – raz się żyje!. Pierwszy wypad do USA, wizy wsio, załatwianie – krew zalewa, ale udało się… Wylądowałem w Miami, już z okien samolotu było widać że to nie jest Europa… wszystko jakieś większe, jak i sami mieszkańcy ;-) Miami zostawiam na później, bo w planach jest Key West… mała LGBT wysepka hmm w skrócie mówiąc wiosko-kurort… tam też bujam się rowerem jak gangster… pije wina jak głupi – leżakując na najdalej na południe wysuniętym krańcu Stanów Zjednoczonych czasem oglądając ten sam widok. Zachodzące słońce na Sunset Pier
Miami – Fotki:
Key West – Fotki:
Po miesiącu obijania się…czas spieprzać z florydy.
To było dziwne, ale warto… przeprowadzka do Chicago, tu zamiast zwiedzać osiedlam się na dłużej, poznając miasto, zaliczając imprezy życia, a szkoda gadać ;) Chicago staje się 4-rtym miastem, które poznaje można rzec – bardzo dobrze.
Chicago – Fotki:
Po około trzech tygodniach udało mi się załapać na podróż jakiej nie znajdziecie w żadnym biurze podróży! Kto nie kojarzy tych wielkich amerykańskich truck`ów (TIRów), które przemierzają przez wszystkie stany? tak, tak te! Udało mi się przejechać takowym truck`iem z Chicago aż do Sacramento w Kalifornii, poznając kulturę, zwyczaje, a nawet małe miasteczka tylko dla kierowców… warto by było nakręcić o tym film, ale to inna bajka. Jedziemy drogą numer 80 przez stany: Iowa, Nebraska, Colorado, Wyoimng, Utah i Nevada… dobra koniec na ten temat ;-) Poniżej dodaje parę fotek z trasy.
Droga numer 80:
W Sacramento zaczyna się horror, ale to nie jest opowiastka na telefon – w skrócie pożyczam samochód i jadę do San Francisco. W sumie mało co mnie tu interesuje po za rzutem oka na słynne więzienie Alcatraz i most Golden Gate… i oczywiście dzielnicę kitajców trzeba było obowiązkowo zobaczyć i zjeść coś tam – jakiego pieska czy kotka ;-) Ogólnie San Francisco robi bardzo pozytywne wrażenie – jest inne!
San Francisco:
Golden Gate:
Nie byłbym sobą, gdyby nie głupi pomysł aby zadzwonić i spytać czy czasem nie będzie problemu jeśli oddam samochód w Los Angeles, zamiast w San Francisco – po co mam spać? wyśpię się przecież np. w 2030-tym w któryś wtorek – nie było problemu, więc wyruszyłem w drogę prosto z Golden Gate wzdłuż oceanu, aż do LA. Droga jest zajebista ;) Lubie ciekawe malownicze drogi.. ta należy to jednych z ładniejszych jakimi udało mi się jechać… jest ranek, nie ma ruchu – jadę szybko, muszę oddać samochód przed 14-stą… ale zachciało mi się jakiś głupi zamek oglądać po drodze – no dobra nie był głupi – mówię o Hearst Castle… koszmar! uwięzili mnie tam na dwie godziny! w LA byłem już spóźniony na bank z oddaniem samochodu!
Droga numer 1:
Głupie Zamczysko:
Ok, mamy popołudnie w Los Angeles… na niebie szaro – zwijcie to sobie np. smog nad miastem, ja nazwę np. syfem nad miastem… jejku co w tym LA jest? zgadnijcie? nic! jakaś stara dzielnica, która wygląda jak ul. dołowa w Rzeszowie, kto był to wie, z tą różnicą ze u nas nie grają na fujarkach jacyś mehiko przebrani za inków, a może majów? srał pies! Ok, myślę… przejdę się i co? dupa wszystkie budynki podobne do siebie, może jeden był inny niż reszta (chyba dlatego że biały) Totalna porażka. Nie dość że syf to nic nie ma ciekawego… gdzie te gwiazdy?
Los Angeles:
Uciekam więc szybko do Hollywood – najsmutniejszego miasta jakie znam – wszyscy tam chodzą z głowami w dół, tak tak! ja też czasem tak łaziłem, aż mnie szyja bolała… niestety tamtejsze chodniki tego wymagają… idziesz idziesz, nagle okazuje się że na czymś stoisz, na odbitce czyjejś ręki, a może to ręka Twojego idola? a może psia kupa? co by nie było, głowę spuścić w dół pasuje. Cóż kolejne miasteczko pt. nic tu nie ma oprócz Batmana i Robina… czas przejść do konkretów i poszukać Paris Hilton! – W jej ulubionej restauracji jej nie ma, gdzie mieszka to nie wiem… może znajdę ją w Melrose Place, może siedzi w Malibu z Nikolą? Nie mam czasu! marze aby spotkać ją na stacji benzynowej tankującą swój samochód… niestety mam tego dnia pecha. Międzyczasie jadę na Long Beach obadać Queen Mary, który to statek służy teraz jako hotel.
Hollywood:
Kolejny dzień, to wizyta w Universal Studios. Tam chciałem tylko jedną rzecz zobaczyć, więc czynie “com se” ustalił, biorę nowy samochód i spieprzam do Las Vegas w Nevadzie.
Universal Studios:
Do Vegas wjechałem słuchając “No leaf Clover”.
…i pojechałem dalej, było późno, nie chciało mi się spać… samochód i tak miałem oddać w Vegas za 2 dni, więc nic tu po mnie…desant prosto w stronę Arizony by zobaczyć Grand Canion. Po drodze staję przy Hooverdam, aby zobaczyć sobie ową tamę nocą… doskonale zdając sobie sprawę z tego że i tak będę tędy wracał – zwijam szybko manatki. Witaj w Arizonie… widzę znak… rano jestem już nad kanionem, ale jest jeszcze ciemno, wiec śpię w samochodzie ze dwie godzinki, do czasu aż mi jakieś amerykańskie dzikie dzieci nie przerwały snu ujadając jak psy, obok Impali. Kanion sam w sobie spoko… duże, warto zobaczyć przed śmiercią, ale nie ma czym się podniecać dłużej jak pół godziny.
Hooverdam:
Grand Canion:
Czas na powrót do Las Vegas, przez niekończącą się pustynię… w tle przygrywa jakieś tamtejsze country
Kurde, nie chce mi sie o Vegas pisać… bo nawet nie ma odniesienia do innego miasta jakie znam, Las Vegas można porównać tylko do Las Vegas… nie dość że po za główną ulicą i kasynami, hotelami nic tu nie ma… to jeszcze leży to całe gówno na środku pustyni, dosłownie! krok w bok i zaczynasz się modlić o wodę, chyba że masz umiejętności beduinów i wykopiesz sobie jakąś studnię w co wątpię… jednak pośród całej tej nicości jest coś czego nie ma nigdzie indziej! jest McDonald a w nim hot and spicy, podawany tylko w Nevadzie hamburger… i co nie wystarczy taki powód by odwiedzić Vegas? Poniżej filmik z The Strip.
Poszwędałem się po kasynach, tracąc całe 5 dolarów, wygrywając między czasie 20 i przegrywając je… ale chodziło tylko o zabawę. Rankiem wylatuje z Vegas do Chicago… ble, tam nawet przed wejściem do samolotu są automaty. W samym mieście zaliczam kolejne imprezy w Crobarze, Religion, Vision – bawiąc przy muzyce Mauro Picotto, Robiego Rivery, Erica Morillo i innych znanych DJ.
Udaje się jeszcze wkręcić na mecz Chicago Bulls z Wilkami skądś tam ;-)
I tak powróciłem spłukany z USA – kraju gdzie forsa leży na ulicy, ale niczego nie żałuje!
Tags: alcatraz, chicago, golden gate, grand canion, hollywood, hooverdam, keywest, LA, las vegas, miami, nba, reno, sacramento, san francisco






