Skandynawia 2007

Posted by: krystian  /  Category: Finlandia, Norwegia, Szwecja

Gdynia – Karlskrona – Stockholm – Umea – Lulea – Rovaniemi – Ivalo – Nordkapp – Tromso – Lofoty – Bodo – Trondheim – Krisitansund – Atlantic Road – Molde – Alesund – Andalsnes – Drabina Troli – Geiranger


Słowo harcerza, Skandynawie warto odwiedzić… co prawda ja z harcerzami mam tyle wspólnego co krzesło z krzesłem elektrycznym, jednak w tym przypadku błędem byłoby nie posłuchanie mojej rady. Kolejna sprawa – koniecznie samochodem! żadne statki, autokary… za dużo czasu to pochłonie, za mało zobaczysz i przepłacisz – no chyba że ktoś lubi. Z Polski do Szwecji warto przepłynąć promem – bilet wychodzi tyle co paliwo jadąc przez Danię, wiec lepiej sobie odpocząć i przeprawić się do Szwecji tym sposobem. Pierwszym miastem, które odwiedzam jest Karlskrona (kurde nigdy nie wiem jak tą nazwę pisać).

Karlskrona:















Po południu opuszczam Karlskrone i jadę na północ w stronę stolicy Szwecji – Sztokholmu. Jest późno, ale jakoś nie odczuwam tego.. cholera jest 22! i wciąż jasno, organizm dziwnie na to reaguje. Kolejny dzień to zwiedzanie Sztokholmu – pogoda do dupy, ale co zrobię? buta nie zjem… trzeba się pobawić w turystę.

Sztokholm:

















Nie czas rozpisywać się na temat szwedzkich łąk, lasów i takie tam… na Mazurach pewnie podobny klimat… jadę wciąż na północ – do krainy mikołaja – Laponii. Organizm zaczyna czuć się oszukiwanym, im dalej na północ tym mniej tej nocy… to niezwykłe uczucie… żadne redbulle, tigery, kawy itp. nie dadzą podobnego efektu… kiedy jest wciąż jasno jakoś nie odczuwa się potrzeby aby pójść spać… w zimie jest tu na odwrót – wciąż ciemno, co swego czasu powodowało dużą liczbę samobójstw (depresja i te sprawy). Mijam kolejne miasta w Szwecji, by w końcu dotrzeć do Rovaniemi i tego głupiego Mikołaja, który nigdy nie przyniósł mi w worku siły by przestać w niego wierzyć – musiałem po prostu dorosnąć.

Rovaniemi:





Czas na Nordkapp – cel podróży. Najdalej wysunięty punkt na północ Europy. Nie każdy ogarnia, że z Polski na Nordkapp jest mniej więcej tyle kilometrów co do Portugalii – a nie wygląda ;-) Właściwie okłamałem Was, Nordkapp nie jest najdalej wysuniętym punktem (zaraz obok znajduje się półwysep na który można dojść tylko na nogach i jest w rzeczywistości wysunięty odrobinę dalej). Knivskjellodden bo tak nazywa się ten prawdziwy punkt stał się automatycznie nowym celem do którego chciałem dotrzeć… oznaczało to jakieś 10 km marszu przez górzysty teren pokryty gdzie nie gdzie śniegiem – na dodatek o drugiej w nocy… ale warto było. Na końcu znajdowała się czerwona skrzynka… stała na kamieniu, wyglądała jak skarb – jak jakiś św. Grall – w środku znajdował się zeszyt i długopis… magiczne miejsce! Wpisałem się jako 10-ta osoba która dotarła tam danego dnia… całkiem sympatycznie.

Nordkapp:














Po wyczerpującym marszu wyruszyłem na południe – w stronę Norwegii a dokładnie to miasta nazywanego bramą do Arktyki, do Tromso. Rzeczywiście można było poczuć tam klimat Arktyki. Pomniki, rzeźby, pamiątki… misie, foki i inne takie plątały się po ulicach (oczywiście sztuczne). W Tromso spędzam pół dnia i jadę na Lofoty.

Tromso:













Nawet w Szkocji, która uważam za bardzo ciekawą, nie widziałem tak imponujących widoków. Zdjęcia nie oddadzą nigdy tego, jak dziką i piękną częścią świata są Lofoty. Jadąc w stronę miejscowości A mijam kolejne mosty, rzeczki, wodospady, jeziora, góry, śniegi, lasy… jak z bajki.

A i Lofoty

























Byłoby głupim pomysłem nie popłynąć promem do Bodo, a że mnie się głupie pomysły nie trzymają, jeśli podejrzewam je o niepraktyczność i bezsens, nie pozostaje nic innego jak wpakowanie samochodu na prom do Bodo… stamtąd jadę wciąż na południe do Trondheim – co by ta nazwa nie znaczyła zawsze kojarzyła mi się z wikingami i jakimś ciekawym nordyckim klimatem… Wikingów tam nie spotkałem – a szkoda, zapytałbym co tam u ich Bogów słychać, szczególnie u Thora – mego ulubionego Boga, bo ciekawego.

Trondheim:













Nie będę pisał że podążam wciąż na południe, bo to chyba oczywiste. Dotarcie do kolejnych miejsc wiąże się z ciągłymi przeprawami promem… tutaj w Norwegii to normalka… kończy się droga i albo jedziesz ominąć cały fiord dookoła, albo wjeżdżasz na prom. Próba zaoszczędzenia kasy na nieskorzystaniu z promu nie jest dobrym pomysłem, zaoszczędzisz kilka złotych, a stracisz pół dnia.. ale jak kto woli… jeden smaży kotki na oleju, inny na maśle. Dotarcie do Kristiansund wbrew pozorom zabiera sporo czasu. Odległości są ogromne, a nikt się nie śpieszy. Coś za coś… widoki są imponujące, szczególnie kiedy jedzie się “po atlantyku” drogą Atlantycką.

Droga Atlantycka:





..byle by dotrzeć do Alesund! dowiedziałem się od znajomego, że to miasteczko jest niezwykłe! Nie mylił się! Jest fucking urocze. Docieram tu o 3 w nocy, ale wampira tu nie idzie spotkać, jest jasno – jedyna różnica, że na ulicach nie ma nikogo… tylko turyści lub jakieś zbłąkane owieczki… ogólnie klimat jak w filmach z zoombie.












Czas spieprzać w stronę Polski, samochód zaczyna coś szwankować… raz jedzie jak traktor, raz normalnie… norwescy mechanicy rozkładają ręce.. za każdym razem gdy wjeżdżam do warsztatu, samochód zachowuje się jak małe dziecko… i robi psikusa “naprawiając” się “jakoś”. Trudno, trzeba jechać skoro działa… i dupa… w połowie Drabiny Trolli zaczyna znowu marudzić…

Drabina Trolli








Problem z samochodem zaczyna się pogłębiać… a właściwie jego kaprys. Postanawiam co może śmiesznie brzmi, nie męczyć go więcej i jechać prosto do salonu volkswagena, niech się chłopaki tym zajmą. Po drodze mijam Geraingera – największy fjord Norwegii… i jadę prosto w stronę Polski przez Danię.
Wizyta w warsztacie kończy się informacją: “nie wiemy co to, zostaw samochód i wróć za dwa dni”… a w dupie to mam… dojechałem do Polski. Jak zwykle… przygody, problemy i uciechy przeplatały się przez cały wyjazd… normalka – przecież nigdy nie może być tak jak zaplanuje… cholera? jaki plan! Plan to nie planować niczego! Poniżej dodaje fotki, których ni jak nie zakwalifikowałem gdziekolwiek… zrobione gdzieś, jak to zwę po drodze.

Po drodze:



















Tags: , , , , , , , , ,

Leave a Reply