Główna atrakcja – przejść przez granicę bedąc Polakiem.
Potężny szum wody.
Niesamowite uczucie będąc w skale za wodospadem.
Człowiek w beczce.
Żólte peleryny za dolara.
Niagara jako “małe” Toronto.
Rocky Balboa Training
Murzyni biegają po ulicach.
Dużo zieleni jak na amerykańskie miasto.
Bruce Springsteen.
Rewolucja, niepodległość i Benjamin Franklin.
Philly Dogs.
Lans, Imprezy i Dragi.
Cabriolety, Gangsterka.
Geje, Lesbijki, HIV.
Beach Bodies, Workout i Rolki.
Motorówki, Krokodyle, Palmy.
Floryda.
Ładna niebieska woda.
Jak na Pandorze.
Gorąco, tłocznie.
Warto zobaczyć.
Formuła 1.
Varion.
Ekstremalnie głośno.
Pierwsze podium Kubicy.
Ciężko o hotel. Drogo wszystko.
Sama nazwa Salt Lake.
Utah Jazz, NBA.
Jezioro.
Dużo dziwnych odłamów kościoła.
Igrzyska.
Daleko w pizdu.
Gorąco i “bliżej” serca Afryki.
Tama, krokodyle i Sudan.
Picie i jedzenie po knajpach.
Chopok blisko i snowboard.
Smaczne piwo. Kozul i Aga.
“A” jest zagadką ;-)
Szczena opada.
Niesamowite widoki.
Ryby. Jeziora. Góry. Masakra
Chyba sex de mar.
Imprezy.
Plaża, fun, tanie wino.
Kurort, blisko Barcy.
Plaża.
Wino Cycki.
Wieś, skuterki
Olimp w tle.
Góry, Morze.
Jakie to wielkie rozczarowanie mnie spotkało, kiedy z okazało się, że ów tajemnicze miejsce otoczone jest dookoła autostradami i w ogóle jakoś tak nie sprytnie tam jest. Czy warto zobaczyć? owszem, ale bez podniety.
Gdybym byl diablem, w Salamance bym sie czul dobrze. Nazwa miasta fajnie brzmi… no wiecie: “Diabel z Salamanki” lepiej brzmi niz np. “Diabel z Warszawy” Krakowa itd, nawet Gniezno wymieka. Jakby bylo malo to w Salamance jest duzo kosciolow, mrocznych fajnych… gdzie mozna by ukryc studnie do piekiel ;-)
San Francisco. W sumie mało co mnie tu interesuje po za rzutem oka na słynne więzienie Alcatraz i most Golden Gate… i oczywiście dzielnicę kitajców trzeba było obowiązkowo zobaczyć i zjeść – jakiego pieska czy kotka ;-) Ogólnie San Francisco robi bardzo pozytywne wrażenie – jest inne!
Każdy kto mnie troszkę zna, doskonale wie ze jak już gdzieś jadę to lubię dotrzeć gdzieś, gdzie jest najdalej, najgłębiej, najwyżej i w ogóle żeby było najcokolwiek. John o groats staje się w pewnym sensie najdalej wysuniętą miejscowością w Wlk. Brytanii… nie, co ja pieprze. Tu jest tylko koniec drogi. Pamiętam jak Jeremy Clarkson w jednym z odcinków jechał tam i jechał i w końcu dojechał… ale po co to juz nie pamiętam.
Dolina Królów
Egipt i węże pod nogami.
Piekielnie gorąco.
Terroryści.
Grobowce i Tutenhamon.
Następna nieszczęsna miejscowość to Verudela, pogoda nie dopisuje, ale po co miałaby? słońce mi tam tak potrzebne, jak nomadowi śnieg, czy eskimosowi piasek… w sumie to nomad mógłby stopić śnieg i go wypić, eskimos wysypać piasek przed Iglo zeby się nie poślizgnąć, wiec może się mylę. Na zdjeciu maly dzik ;)
Frankfurt nad Menem.
Syberia i Alzheimer.
Wyścig kolarski.
Dobre wrażenie pozostawia.
Banki Europy.
Jadę wciąż na północ, zabierając czeskich autostopowiczów ze soba, skurczybyki stoją na każdym rogu! maja szczęście! To ich lucky-day bo sami chcieli coś pozwiedzać więc maja darmową wycieczkę gdzie tylko mogą zapragnąć, bo przecież mnie też to będzie cieszyć. Jadę w strone Inverness, po drodze mijając pomnik Williama Walesa – lub jak kto woli, tego zioma z Braveheart`a. FREEEDOOM!!! ;P
Witaj w Arizonie… widzę znak… rano jestem już nad kanionem, ale jest jeszcze ciemno, wiec śpię w samochodzie ze dwie godzinki, do czasu aż mi jakieś amerykańskie dzikie dzieci nie przerwały snu ujadając jak psy, obok Impali. Kanion sam w sobie spoko… duże, warto zobaczyć przed śmiercią, ale nie ma czym się podniecać dłużej jak pół godziny. Ps. Zdjecie mi sie nie popieprzylo ;-)
Kto nie kojarzy tych wielkich amerykańskich truck`ów (TIRów), które przemierzają przez wszystkie stany? tak, tak te! Udało mi się przejechać takowym truck`iem z Chicago aż do Sacramento w Kalifornii, poznając kulturę, zwyczaje, a nawet małe miasteczka tylko dla kierowców… warto by było nakręcić o tym film, ale to inna bajka. Jade drogą numer 80 przez stany: Iowa, Nebraska, Colorado, Wyoimng, Utah i Nevada…
Noc spędzam w ciepłym i pachnącym łóżeczku w jakiejś Słoweńskiej dziurze… piwko smakuje tu wyśmienicie, ale nie daje rady wypić więcej jak jednego – zmęczenie daje w dupe, ok nie będę wulgarny – daje o sobie znać. Rankiem okazuje się, że gdzieś w pobliżu jest ni jaka kranjska gora.
Uff.. czas na Edynburg. Widzę jak urodziwa dama powoduje swoim spojrzeniem wypadek ;-) Biedny motocyklista się zagapił i boom, ale przeżył. Edynburg moim zdaniem najlepsze miejsce na oglądanie pełni księżyca nad miastem! Dodatkowo, trafiam tam w momencie, kiedy trwa tam festiwal – dodatkowa atrakcja! W ogóle Edynburg jest cool. Jest taki poszarpany.
Deska i ciepło.
Włochy, odpoczynek.
Głupie muldy. Słaba kondycja ma.
Myslalem ze to najdalej na zachod wysuniety punkt Europy, ale chyba sie myle… Tak czy owak, widoki sa imponujace… a mysl o skoku ze skal do wody przewija mi sie pare razy do roku w moich snach. Tylko nie wiem po co – moze to jakies mysli samobojcze hehe
Calkiem przyjemne miejsce na plazowanie w miescie. Moze i brakuje temu miastu troche do klimatow z costa brava… jednak przystanek tutaj nie bedzie glupim pomyslem. Mamy przeciez uroki duzego miasta w rekawie, gdyby np. ropa wyciekla do oceanu to cos sie do roboty znajdzie ;-)
Kurde, nie chce mi sie o Vegas pisać… bo nawet nie ma odniesienia do innego miasta jakie znam, Las Vegas można porównać tylko do Las Vegas… nie dość że po za główną ulicą i kasynami, hotelami nic tu nie ma… to jeszcze leży to całe gówno na środku pustyni, dosłownie! krok w bok i zaczynasz się modlić o wodę, chyba że masz umiejętności beduinów i wykopiesz sobie jakąś studnię w co wątpię… jednak pośród całej tej nicości jest coś czego nie ma nigdzie indziej! jest niezwykly McDonald.
Celem tej podróży jest Portugalia, jednak po drodze odwiedzam wraz z Alicja z krainy czarow, co się tylko da. Dość sprawnie wszystko przebiega i bez większych ekscesów docieram do Kassel, oczywiście jadąc nocą, a później na dopalaczach… jeśli czytasz te moje wypociny to zauważysz, że 20h w samochodzie to nic nowego i masakryczne zmęczenie przy okazji. Pierwszy przystanek to Kassel.
Często na widokówkach.
Pilnuj samochodu bo Ci zaleje.
Imponujące miejsce.
Coś, czego nie widzi się na codzień.
Bardzo nie po drodze.
Tam chciałem tylko jedną rzecz zobaczyć, więc czynie “com se” ustalił, biorę nowy samochód i spieprzam do Las Vegas w Nevadzie.
Los Angeles… na niebie szaro – zwijcie to sobie np. smog nad miastem, ja nazwę np. syfem nad miastem… jejku co w tym LA jest? zgadnijcie? nic! jakaś stara dzielnica, która wygląda jak ul. dołowa w Rzeszowie, kto był to wie, z tą różnicą ze u nas nie grają na fujarkach jacyś mehiko przebrani za inków, a może majów? srał pies! Ok, myślę… przejdę się i co? dupa wszystkie budynki podobne do siebie, może jeden był inny niż reszta (chyba dlatego że biały) Totalna porażka. Nie dość że syf to nic nie ma ciekawego… Ci z hollywood wiedza jak to przykolorowac ;)
Nie wazne ze nie wiem czy dobrze napisalem Hooochhaalllpensztrase? hmm? wazne ze stamtad mozna ogladac ksiezyc wiazac buty ;)
Szwajcaria i coś zimowego.
Sporty zimowe.
Dużo górek.
Czysto i zielono.
Restauracja, Hooters.
Czarny wlepił mi mandat.
Bushe, Obamy i cały ten syf.
Martin Luter i przemówienie.
Jakiś tam symbol USA.
Biały Domek. Dużo Muzeów.
Gdzies tam, o ile mnie pamiec nie myli znajduje sie “przyjazna” sauna publiczna… tylko dla odwaznych ;-) Jak najlepiej uzupelnc elektrolity? ;-)
czas się zmierzyć z jazdą po lewej stronie. Po wylądowaniu w Londynie, pożyczam samochód, jednak okazuje się że jazda po lewej, nie stanowi jakiegokolwiek problemu… wręcz przeciwnie – dostarcza małej przyjemności, bo zawsze to coś nowego i nowe doświadczenie. Jestem trochę spóźniony więc jadę prosto do Salisbury, gdzie znajduje się całkiem fajna katedra… nie ona sam mnie interesuje, ale cmentarz obok – przypomina ten z diablo ;-)
tak naprawdę to Cape Wrath – przylądek w Szkocji, nad Morzem Szkockim, najdalej na północ wysunięty skrawek wyspy Wielkiej Brytanii jest miejscem w które pragnę dotrzeć i się udaje. Nie jest to takie proste, dlatego bardzo cieszy to że udało mi się tam dotrzeć. Najpierw musiałem przeprawić się łódką, a później przejechać przez poligon wojskowy… niby hop siup, gdyby nie fakt że było zimno, padał deszcz, a ja wyglądałem jakbym się wybierał na plaże
Alesund! dowiedziałem się od znajomego, że to miasteczko jest niezwykłe! Nie mylił się! Jest fucking urocze. Docieram tu o 3 w nocy, ale wampira tu nie idzie spotkać, jest jasno – jedyna różnica, że na ulicach nie ma nikogo… tylko turyści lub jakieś zbłąkane owieczki… ogólnie klimat jak w filmach z zoombie.
Zbliża się powrót do Londynu. Po drodzę bardzo chce odwiedzić las w którym grasował Robin Hood, ale nie jestem w stanie wstać za wczasu, po kolejnej imprezie w Manchesterze. Nie pozostaje mi nic innego jak jechać prosto do Londynu, jednak po drodze mam Windsor, który słynie z zamku, będącego główną siedzibą aktualnie panującej w Wielkiej Brytanii dynastii.
Małe i nie ciekawe miejsce.
Zero atrakcji, jedynie przyroda dookoła.
Słynne pole bitwy.
Walka o to kto ma zbierać bawełne.
Północ południe.
Przemineło z wiatrem.
Konfederaci.
najsmutniejsze miasto jakie znam – wszyscy tam chodzą z głowami w dół, tak tak! ja też czasem tak łaziłem, aż mnie szyja bolała… niestety tamtejsze chodniki tego wymagają… idziesz idziesz, nagle okazuje się że na czymś stoisz, na odbitce czyjejś ręki, a może to ręka Twojego idola? a może psia kupa? co by nie było, głowę spuścić w dół pasuje. Cóż kolejne miasteczko pt. nic tu nie ma oprócz Batmana i Robina… czas przejść do konkretów i poszukać Paris Hilton! – W jej ulubionej restauracji jej nie ma, gdzie mieszka to nie wiem… może znajdę ją w Melrose Place, może siedzi w Malibu z Nikolą? Nie mam czasu! marze aby spotkać ją na stacji benzynowej tankującą swój samochód…
Najdalej wysunięty punkt na północ Europy. Nie każdy ogarnia, że z Polski na Nordkapp jest mniej więcej tyle kilometrów co do Portugalii – a nie wygląda ;-) Właściwie okłamałem Was, Nordkapp nie jest najdalej wysuniętym punktem (zaraz obok znajduje się półwysep na który można dojść tylko na nogach i jest w rzeczywistości wysunięty odrobinę dalej). Knivskjellodden bo tak nazywa się ten prawdziwy punkt stał się automatycznie nowym celem do którego chciałem dotrzeć… oznaczało to jakieś 10 km marszu przez górzysty teren pokryty gdzie nie gdzie śniegiem – na dodatek o drugiej w nocy… ale warto było. Na końcu znajdowała się czerwona skrzynka… stała na kamieniu, wyglądała jak skarb – jak jakiś św. Grall – w środku znajdował się zeszyt i długopis… magiczne miejsce! Wpisałem się jako 10-ta osoba która dotarła tam danego dnia… całkiem sympatycznie.
Kolejna wizyta w Anglii, tym razem bardziej w celach imprezowych, jednak udaje się znaleźć czas, aby odwiedzić kilka miast. Standardowo już wycieczka do Sunkeys wpisana zostaje w weekendowe wypady.
Miejsce mordu.
Połamane nogi ratuja życie.
Ruscy odważni. Egipt ich lubi.
miejsce desantu aliantow podczas ww2
Cmentarz zamknięty.
Szeregowiec Ryan? to ten film?
Ferrari tam nie zaszpanujesz.
Piekielnie drogo.
Lans na każdym kroku.
Formuła 1.
Porec – co to w ogole za nazwa? mniejsza o to, tu jem obiad – jak to brzmi! Nie pisałbym gdyby nie było całkiem niezłej scenerii i kolejnego kotka, któremu burczało w brzuchu, ale makaron widocznie średnio mu leżał… aż się dziwie że tam jeszcze nie ma chińskich knajpek, lub kebabów… raz dwa pozbyli by się kotów. Oczywiście do kotów nic nie mam, szczególnie do tygrysów – wręcz uwielbiam je głaskać.
Dotarcie do Kristiansund wbrew pozorom zabiera sporo czasu. Odległości są ogromne, a nikt się nie śpieszy. Coś za coś… widoki są imponujące, szczególnie kiedy jedzie się “po atlantyku” drogą Atlantycką.
Byłoby głupim pomysłem nie popłynąć promem do Bodo, a że mnie się głupie pomysły nie trzymają, jeśli podejrzewam je o niepraktyczność i bezsens, nie pozostaje nic innego jak wpakowanie samochodu na prom do Bodo… stamtąd jadę wciąż na południe do Trondheim – co by ta nazwa nie znaczyła zawsze kojarzyła mi się z wikingami i jakimś ciekawym nordyckim klimatem… Wikingów tam nie spotkałem – a szkoda. Ps. to niby Wenecja polnocy.
Czasem podczas podrozy, czlowiek robi glupie rzeczy i zwiedza miejsca, ktorych nie powinien. Hearst Castle? koszmar jakis… moze ladne, ale dwie cale godziny na ogladanie ladnego zamku to o 100 minut za duzo!
To sa najwieksze wydmy w Europie, trzeba sie spocic aby na nie wyjsc, za to mozna sturlac sie do oceanu. Naturalny cien na plazy – jak najbardziej ;)
Czyli taki mały chiński mur, który zbudowali rzymianie w drugim wieku naszej ery… szczerze mówiąc nic ciekawego… tylko ruina.
Nie czas rozpisywać się na temat szwedzkich łąk, lasów i takie tam… na Mazurach pewnie podobny klimat… jadę wciąż na północ – do krainy mikołaja – Laponii. Organizm zaczyna czuć się oszukiwanym, im dalej na północ tym mniej tej nocy… to niezwykłe uczucie… żadne redbulle, tigery, kawy itp. nie dadzą podobnego efektu… kiedy jest wciąż jasno jakoś nie odczuwa się potrzeby aby pójść spać… w zimie jest tu na odwrót – wciąż ciemno, co swego czasu powodowało dużą liczbę samobójstw (depresja i te sprawy). Mijam kolejne miasta w Szwecji, by w końcu dotrzeć do Rovaniemi i tego głupiego Mikołaja, który nigdy nie przyniósł mi w worku siły by przestać w niego wierzyć ;P
przed zachodem słońca jadę zobaczyć most diabła. Naprawdę, wieczorkiem – kiedy nie było tam już żywej duszy, zrobiło się ciekawie. Całe szczęście z diabłami żyje w zgodzie, wiec uszedłem z życiem. Do dzisiaj wspominam dobrze to miejsce ;-) Ps. Zdjecia nie pokaze, bo rozne dziwne legendy kraza o tych co widzieli most, a go nie przekroczyli.
Conímbriga is one of the largest Roman settlements in Portugal, and is classified as a National Monument. – Ukradlem z Wikipedii. Zdjecie tez kradzione. Gdyby nie to ze bylo po drodze… ogolnie strata czasu.
Zwariowany wyjazd na F1 do Hiszpanii… chociaż wiecej bylo imprezowana niz ryku silnikow
a miało byc jeszcze… łotwa, estonia i w koncu helsinki. Tym razem wypad rowerem… troche hardcore i tak rzeczywiscie było. Nie pogoda, nie jakies problemy techniczne czy brak sił… lecz złośliwość mojego kolana zmusiła do powrotu do kraju. Przejezdzajac srednio ponad 150 km dziennie totalnie nie przygotowanym rowerem (co sie okazalo dopiero teraz) musiałem uznac wyzszosc bólu nad moja psychika ;-) Podróż zakończyła się jakieś 100 km od granicy z łotwą… a szkoda ze kolano nie wytrzymało ze dwóch dni dłużej bo bym dotarł chociaż do Rygi. Trudno… teraz trzeba sie kurować i zapomnieć o rowerze, skakaniu, bieganiu i innych zajawkach ;-/ Jako ze Polska się nie liczy, a po drodze była tylko Stolica Litwy to i zdjecia tylko stamtad moge dorzucic ponizej, oraz pare z trasy. Aaaa zapomniałem jeszcze o Trokach pod Wilnem. Do listy 666 miejsc, doszły nowe dwa… a to zawsze cos ;-)