Maj 2007

Posted by: krystian  /  Category: Austria, Chorwacja, Słowenia, Węgry, Włochy

Budapeszt – Zagrzeb – Pliwtwickie Jeziora – Rijeka – Pula – Verudela – Porec – Triest – Kranjska Gora – Lublana – Wieden

Celem podróży jest chyba Chorwacja, jednak odwiedzenie Słowenii nie było przypadkiem, podczas gdy Triest we Włoszech już tak. Już standardem stały się wyjazdy wieczorkiem – tak by dotrzeć na rano gdziekolwiek się zamarzy. Budapeszt był pierwszym przystankiem, tylko by zerknąć na budzące się ze snu miasto.

Budapeszt:








Jeszcze tego samego dnia, ląduje w Zagrzebiu, pogoda jest super, ale nie do łażenia… bo gorąco. Samo miasto niczym specjalnym nie zaskakuje… widać i czuć, że jest się bliżej południa niż północy. Miasto od 1991 roku jest stolicą niepodległej Chorwacji… Osobiście średnio mi się podobało, ale spacer nie zwadził.

Zagrzeb:





















Późnym popołudniem odwiedzam Plitwice i tamtejsze jeziorka… wpisuje je na listę ciekawych miejsc, które warto odwiedzić. Tu się nie ma co rozpisywać, zdjęcia oddają wszystko.

Plitwickie Jeziora

















Jest późny wieczór, malutki samochodzik mknie ulicami Rijeki, to w jedną to w drugą stronę, w poszukiwaniu jakiegoś hoteliku z normalnymi cenami za noc i dupa! ale przynajmniej jest spoko – blisko do centrum, blisko na piwko w ciekawym miejscu i tak też się dzieje.

Rijeka

































Kolejne trzy miasteczka, które odwiedzam nie wiele różnią się od siebie, po za tym że jedno jest kurortem. Chyba jakoś Chorwacja mi nie leży, wciąż ktoś się gania z nożami po ulicach, ludzie jacyś dziwni, nie wiem może mam pecha? w sumie co mnie to obchodzi? W końcu liczy się moje zdanie ;-) Po przekroczeniu granicy, by zahaczyć o Triest we Włoszech, od razu było lepiej… wiec coś w tym chyba jest. Pierwsze z tej parszywej trójki to Pula, największe miasto leżące na półwyspie Istria, czy jakoś tak. Po za Amfiteatrem, wygłodzonymi kotami i wizyta na policji w celu odzyskania źle zaparkowanego samochodu – atrakcji większych nie odnotowuję.

Pula





















Następna nieszczęsna miejscowość to Verudela, pogoda nie dopisuje, ale po co miałaby? słońce mi tam tak potrzebne, jak nomadowi śnieg, czy eskimosowi piasek… w sumie to nomad mógłby stopić śnieg i go wypić, eskimos wysypać piasek przed Iglo zeby się nie poślizgnąć, wiec może się mylę.

Verudela

















Porec – co to w ogole za nazwa? mniejsza o to, tu jem obiad – jak to brzmi! Nie pisałbym gdyby nie było całkiem niezłej scenerii i kolejnego kotka, któremu burczało w brzuchu, ale makaron widocznie średnio mu leżał… aż się dziwie że tam jeszcze nie ma chińskich knajpek, lub kebabów… raz dwa pozbyli by się kotów. Oczywiście do kotów nic nie mam, szczególnie do tygrysów – wręcz uwielbiam je głaskać.












W koncu! opuszczam Chorwację, udając się do Triestu. Od razu można wyczuć ciekawy klimacik spowodowany przez pierdnięcia skuterków, którymi śmigają zwariowane włoszki oraz brakiem miejsca do zaparkowania. Triest to taki większy Rzeszów… nie wiele większy, a wydaje się zupełnie inaczej… tak czy siak, krzyż by się dało przetargać taczkami z jednego końca na drugi za dnia.

Triest

































Pogoda sie popsuła na tyle, że zrobiło się troszkę nie fajnie. Noc spędzam w ciepłym i pachnącym łóżeczku w jakiejś Słoweńskiej dziurze… piwko smakuje tu wyśmienicie, ale nie daje rady wypić więcej jak jednego – zmęczenie daje w dupe, ok nie będę wulgarny – daje o sobie znać. Rankiem okazuje się, że gdzieś w pobliżu jest ni jaka kranjska gora.

Kranjska Gora

















Stolice Słowenii przychodzi zwiedzać w deszczu, jak pies łażę przemoknięty, bo niby skąd mam mieć parasol, skoro nigdy nie miałem? Ok, jakiś tam mam, bo koleżanka zostawiła kiedyś u mnie w domu… tylko że zrobiła to 2 lata za późno – a i tak bym go nie wziął ze sobą, bo tak to bym ukradł mamie lub siostrze. W Lublanie, bo tak się zwie ta, tego dnia, deszczowa stolica znajduje się salon fryzjerski “miriam” – ciekawe czy robią tam jakieś metamorfozy? np. wchodzisz jako Krystian, a wychodzisz jako Krystyna?

Lublana

























W drodze powrotnej obowiązkowo prater we wiedniu i moja ulubiona zabawka za 8 euro… czyli wsiadam i robią mi krzywdę poddając przeciążeniom rzędu 4 gie i oczywiscie wc w mcdonaldzie obok stephanplatz.
Poniżej dodaje też zdjęcia zrobione gdzies po drodze.

Po drodze











Tags: , , , , , ,

Leave a Reply