“A” jest zagadką ;-)
Szczena opada.
Niesamowite widoki.
Ryby. Jeziora. Góry. Masakra
Alesund! dowiedziałem się od znajomego, że to miasteczko jest niezwykłe! Nie mylił się! Jest fucking urocze. Docieram tu o 3 w nocy, ale wampira tu nie idzie spotkać, jest jasno – jedyna różnica, że na ulicach nie ma nikogo… tylko turyści lub jakieś zbłąkane owieczki… ogólnie klimat jak w filmach z zoombie.
Najdalej wysunięty punkt na północ Europy. Nie każdy ogarnia, że z Polski na Nordkapp jest mniej więcej tyle kilometrów co do Portugalii – a nie wygląda ;-) Właściwie okłamałem Was, Nordkapp nie jest najdalej wysuniętym punktem (zaraz obok znajduje się półwysep na który można dojść tylko na nogach i jest w rzeczywistości wysunięty odrobinę dalej). Knivskjellodden bo tak nazywa się ten prawdziwy punkt stał się automatycznie nowym celem do którego chciałem dotrzeć… oznaczało to jakieś 10 km marszu przez górzysty teren pokryty gdzie nie gdzie śniegiem – na dodatek o drugiej w nocy… ale warto było. Na końcu znajdowała się czerwona skrzynka… stała na kamieniu, wyglądała jak skarb – jak jakiś św. Grall – w środku znajdował się zeszyt i długopis… magiczne miejsce! Wpisałem się jako 10-ta osoba która dotarła tam danego dnia… całkiem sympatycznie.
Dotarcie do Kristiansund wbrew pozorom zabiera sporo czasu. Odległości są ogromne, a nikt się nie śpieszy. Coś za coś… widoki są imponujące, szczególnie kiedy jedzie się “po atlantyku” drogą Atlantycką.
Byłoby głupim pomysłem nie popłynąć promem do Bodo, a że mnie się głupie pomysły nie trzymają, jeśli podejrzewam je o niepraktyczność i bezsens, nie pozostaje nic innego jak wpakowanie samochodu na prom do Bodo… stamtąd jadę wciąż na południe do Trondheim – co by ta nazwa nie znaczyła zawsze kojarzyła mi się z wikingami i jakimś ciekawym nordyckim klimatem… Wikingów tam nie spotkałem – a szkoda. Ps. to niby Wenecja polnocy.