Jakie to wielkie rozczarowanie mnie spotkało, kiedy z okazało się, że ów tajemnicze miejsce otoczone jest dookoła autostradami i w ogóle jakoś tak nie sprytnie tam jest. Czy warto zobaczyć? owszem, ale bez podniety.
czas się zmierzyć z jazdą po lewej stronie. Po wylądowaniu w Londynie, pożyczam samochód, jednak okazuje się że jazda po lewej, nie stanowi jakiegokolwiek problemu… wręcz przeciwnie – dostarcza małej przyjemności, bo zawsze to coś nowego i nowe doświadczenie. Jestem trochę spóźniony więc jadę prosto do Salisbury, gdzie znajduje się całkiem fajna katedra… nie ona sam mnie interesuje, ale cmentarz obok – przypomina ten z diablo ;-)
Zbliża się powrót do Londynu. Po drodzę bardzo chce odwiedzić las w którym grasował Robin Hood, ale nie jestem w stanie wstać za wczasu, po kolejnej imprezie w Manchesterze. Nie pozostaje mi nic innego jak jechać prosto do Londynu, jednak po drodze mam Windsor, który słynie z zamku, będącego główną siedzibą aktualnie panującej w Wielkiej Brytanii dynastii.
Kolejna wizyta w Anglii, tym razem bardziej w celach imprezowych, jednak udaje się znaleźć czas, aby odwiedzić kilka miast. Standardowo już wycieczka do Sunkeys wpisana zostaje w weekendowe wypady.
Czyli taki mały chiński mur, który zbudowali rzymianie w drugim wieku naszej ery… szczerze mówiąc nic ciekawego… tylko ruina.